Wikajusowa Jazda

Naszą misją jest poprawa bezpieczeństwa ruchu drogowego poprzez sprawowanie skutecznego nadzoru nad przestrzeganiem przepisów ruchu drogowego, rejestrację wykroczeń drogowych i ich penalizację. Dzięki użyciu automatycznych urządzeń rejestrujących jesteśmy w stanie realizować nasze zadania w sposób zapewniający maksymalne oddziaływanie prewencyjne.

Jest to cytat ze strony Generalnego Inspektoratu Transportu Drogowego, podstrona dotycząca fotoradarów. Kiedy to przeczytałem myślałem że upadnę ze śmiechu. Na szczęście krzesło na którym siedzę wytrzymało tę próbę. Drogi Inspektoracie – przykro mi to pisać, ale to jakiś żart jest, a nie wasz cel. Pozwolicie więc że wczytam się w informacje umieszczone na waszych stronach.

Ostatni post rzecznika prasowego GITD o długim weekendzie listopadowym to nic innego jak informacja o tym jak są używane fotoradary – służą do karania za nadmierną prędkość. TYLKO do tego. Co więcej, trzy z czterech ostatnich wpisów – czyli z wszystkich które opublikowano po 1 Lipca 2011 kiedy ITD przejęła fotoradary – dotyczą fotoradarów.

Skoro system fotoradarów wg GITD jest automatyczny to dlaczego fotografują tylko pojazdy poruszające się z nadmierną prędkością? Może warto wprowadzić zasadę – w imię prewencji – o fotografowaniu KAŻDEGO pojazdu przejeżdżającego przed obiektywem.

Na pewno zaraz usłyszałbym głos protestu dotyczący prywatności – ja przepraszam, ale idąc ulicą ktoś może mi zrobić zdjęcie, wyciąć twarz i wstawić do grafiki porno, a służba mająca na celu nasze bezpieczeństwo nie mogłaby robić zdjęć mnie i mojego samochodu gdy jadę zgodnie z przepisami? To nie jest żaden argument. Powiem więcej – cieszyłbym się gdyby robili zdjęcia i np mieli bazę z 3-6 ostatnich miesięcy ze zdjęciami + numerami tablic aut. Naprawdę.

Jaki w tym cel? Najpierw przychodzi mi na myśl wyłapywanie kradzionych pojazdów – Policja dostając zgłoszenie o kradzieży wysyła monit do ITD i dostaje informacje „2h po kradzieży jechał tędy, zdjęcie zawierające wygląd kierowcy w załączniku”. Czyż nie ciekawe? Poza tym zdjęcia pozwolą – jeśli je przejrzeć – stwierdzić czy kierowca nie rozmawia przez telefon, podstawy dotyczące sprawności pojazdu – włączone światła, brak czerwonych kierunkowskazów, żółtych „pseudoobrysówek” w miejscu kierunkowskazów w ściąganych ze stanów vanach… takich drobnych, wkurzających na drodze, rzeczy jest naprawdę dużo. Policja zaś ich nie jest w stanie sama wyłapać – zdjęcia byłyby pod tym względem idealne.

Pomyślcie – zamiast mandatu dostać listem skierowanie na badanie techniczne auta… bo mamy czerwone kierunkowskazy, pewnie argumentów byłoby jeszcze więcej. Ale to zostawię dla ewentualnych polemików.

20 lis, 2011

Powerpoint doesnt suck… you do

Autor: wikiyu, w: Blog|Internet|teksty

Kolejny wpis z inspiracją pośród znajomych. Tym razem padło na prezentację .ppt przesłaną mailem, miała być zabawna, a ja straciłem kilka włosów które wyrwałem sobie jednocześnie tocząc pianę z ust. Że zacytuję siebie „to ludzie jeszcze żyją w ciemnych wiekach i tak robią?” Zacznijmy od początku.

W antycznych czasach wczesnych PCtów jak chciałem przesłać jakiś dowcip drugiej osobie via mail czy dyskietka to… był to albo .txt, albo .gif, albo inny prosty format. Ot tyle

Dziś do dyspozycji mamy YouTube, FaceBooka, Google+, nk, maila, gg, skype`a i milion innych usług w których da się coś przesłać do drugiej osoby, może to być grafika, tekst, filmik, dźwięk, zdjęcie lub… prezentacja.

Jednocześnie prezentacje polubili wszelcy marketerzy, handlowcy, księgowi, sekretarki, zarządy… chyba wszyscy lubią dobre, ładne, skrojone na miarę prezentacje. Czemu więc tak niewielki promil potrafi zrobić prezentację po której nie mam co najmniej odruchu wymiotnego, a maksymalnie myśli samobójczych? Z prostego powodu – chcą odbębnić i mają w dupie widza. Ale czy marketingowiec czy handlowiec może mieć gdzieś klienta? Czy pracownik może mieć w dupie pracodawcę? Moim zdaniem NIE. Dlatego też załamują mnie prezentacje na 7 slajdach zawierające 14stron A4 [12px, arial, margines 2cm] i do tego jeszcze kilka wykresów.

Czyż celem projektowania prezentacji nie jest proste, szybkie i łatwe w odbiorze przedstawienie treści? Czyż nie chodzi o to by adresat był zaciekawiony i po obejrzeniu chciał czegoś? By wywołać w nim refleksję na temat właśnie wygenerowanej w jego umyśle potrzeby? Moim zdaniem właśnie chodzi o to by osoba która dostała prezentację:

  1. chciała otworzyć kolejny slajd
  2. rozumiała ją
  3. wraz z kolejnymi slajdami umacniała się w „chcę X zrobić/kupić”
  4. była zadowolona ze spędzonego przy niej czasu
  5. rozesłała ją dalej z własnej, nieprzymuszonej i niezasugerowanej, woli
  6. chciała otworzyć następną prezentację którą jej wyślemy

Coraz częściej zaś widzę prezentacje które są całkowitym zaprzeczeniem powyższych. Nazwa pliku nie zachęca do otworzenia wszak „of.17.10.2011.duza.zmiany.4_coś(kopia 2).ppt” to nie jest szczyt marzeń gdy przychodzi mailem. Potem zaś jest już tylko gorzej – tytuł prezentacji to np „oferta” i tyle, bez informacji na co, kto jest autorem można się domyślać jedynie po logo firmy umieszczonym gdzieś w tle. Slajdy to masa tekstu z ich strony internetowej, okraszona zdjęciami w sposób maksymalnie nieprzemyślany. Ot wyjście z założenia, że prezentacja ma pokazywać umiejętności osadzania zdjęć w tekście, nie zaś ofertę.

Szczytem dla mnie jest slajd pełen tekstu, a na środku zdjęcie które tekst opływa wokół, tak że trzeba przeskakiwać nad zdjęciem by uchwycić całe zdania. Idiotyzm. Podobnie slajdy pełne tekstu na przemian ze slajdami z grafiką / wykresami. Czyż tak trudno zrobić wykres, czy osadzić grafikę zajmującą np pół slajdu, a pod nim krótkie, rzeczowe omówienie? Albo slajd z taką formą + legenda, a na następnej stronie miniaturki odpowiednich fragmentów grafiki z opisami konkretnymi bym pamiętał co tam było?

Dla mnie kolejnym grzechem jest nadmiar tekstu – jak zainteresuje mnie prezentacja to kliknę z przyjemnością na ostatnim slajdzie na mail do kontaktu by dopytać o więcej, albo przejdę na stronę internetową by doczytać o firmie, nie muszę zaś w ofercie nakłaniającej do zakupu czegokolwiek z asortymentu, mającego milion pozycji, czytać historii firmy, a także dokładnych opisów każdego produktu. Zamiast tego wolę przedstawienie rodzin oferowanych produktów z przystępnym opisem – to że nie znam danej rzeczy nie oznacza że jej nie kupię. Dotyczy to nawet bardzo specjalistycznych urządzeń – prawie wszystko wszak da się użyć także „niezgodnie” z przeznaczeniem, przy pomocy telefonu komórkowego można rozmawiać, ale też detonować bomby albo przesyłać dane ze stacji meteo leżącej w górach. W czajniku elektrycznym można ugotować parówki czy jajka, a z reklamówki można zrobić prysznic turystyczny…

Pokaż mi co oferujesz, zdjęcia są niezbędne. Potem zainteresuj mnie tym, a na koniec POZWÓL mi kupić.

15 lis, 2011

Po co mail na stronie?

Autor: wikiyu, w: chwilowe|dziwne|teksty

Artykuł właściwy

Tak się składa że jako osoba pozytywnie nastawiona do nowych technologii wolę komunikację drogą mailową niż ustną czy to w cztery oczy czy telefonicznie. Dlatego też nie potrafię zrozumieć gdy osoba w moim wieku, na dodatek odpowiadająca za kontakty z klientami w danej firmie, usilnie stara się przekonać mnie do tego bym nie kupił ich usług.

Oczywiście mam tu na myśli sytuację w której wysyłam na firmowy adres e-mail podpisaną z imienia i nazwiska wiadomość, na dodatek z własnej domeny – czyli imho jestem dość łatwym kąskiem w kwestii zweryfikowania prawdziwości przesyłanego maila – z kilkoma całkiem prostymi pytaniami. Oczywiście prostymi dla pracownika, bo dla mnie jako dla osoby z zewnątrz są one niejasne. Ot kwestie płatności – czy mogę na miejscu płacić kartą – gdy na stronie nie ma informacji że nie, ale też informacja „że tak” jest nie do końca pewna – bowiem link do płatności kartą wiedzie do płatności on-line.

Niestety, cenię swój czas i wolę napisać maila wtedy gdy JA mam czas, zaś gdy już przyjdzie odpowiedź lubię ją przeczytać również gdy JA mam czas – jako klient uważam że takie podejście jest rozsądne. Zresztą gdy to ja jestem osobą odpowiedzialną za kontakt z klientem to zawsze podchodzę do tego w sposób jak najbardziej uległy – klient chce korespondencji mailowej – ok, chce faksem – ok, chce telefonicznie – ok, nawet jak chce przesłać mi zapytanie ofertowe pocztą polską i chce bym tak samo mu odesłał ofertę to… to zrobię. Nie zasłaniam się niczym poza chęcią ułatwienia klientowi zostawienia pieniędzy w firmie która mi płaci. Wszak inaczej gryzłbym rękę która mnie karmi.

Tu zaś Pani daje mi kopa w zadek, gdy jednocześnie ze strony dowiaduję się że są nowoczesną, skierowaną do młodych, nowoczesnych osób firmą, celujących w nowoczesne [tak tak, aż tak często używają tego słowa] rozwiązania by zadowolić nawet najwybredniejszych nowoczesnych [sic! znowu!] klientów… Czyli jestem staromodny – nie lubię spotkań i telefonów, wolę maila, szybkiego i sprawnego, dającego się odczytać za rok i zawierającego nadal te same informacje. Albo firma boi się przesłać cokolwiek mailem by nie okazało się że oferta mija się z prawdą?

Dopisek bez którego ów by się nie pojawił

Powyższe napisałem w marcu, jeszcze w ramach bloga prowadzonego na Joggerze, dziś jednak odgrzebałem szkic bo… znów ktoś mnie rozwalił – firma zajmująca się „marketingiem irternetowym” [cytat ze strony] miała dokładnie takie samo podejście – wysłałem maila, naprawdę się przy nim napracowałem by było czytelnie, ot wypunktowane co mi potrzeba, na jakie frazy, na kiedy, mail na około dwie strony A4. W zamian przyszła odpowiedź:

prosimy o numer telefonu ktoś się z Panem skontaktuje

To jest CAŁA odpowiedź, niewiele myśląc podałem numer – który zresztą był w stopce pierwszego maila. Po czym dzwoni przemiły Pan który nawet nie spojrzał chyba na maila bo zaczął od

Dzień dobry, proszę z … Witam w takim razie, dostałem od Pana Maila, mam pytanie – czego Pan potrzebuje?

Poddałem się gdy na pytanie czy zapoznał się z mailem odpowiedział szczerze że nie, wie Pan, był strasznie długi, myślałem że mi Pan go streści. Niestety jako klient moim zadaniem chyba jednak nie jest wyręczanie usługodawcy. Ja zagłosowałem już po raz kolejny nogami – wybrałem usługodawcę któremu chce się przeczytać maila.

Łyżeczka miodu

Tutaj też chciałbym pochwalić inną sytuację – dzisiaj Pani z jednej z firm transportowych zadzwoniła, zapytała czy chcielibyśmy ofertę i jeśli tak to na jakie kierunki itp, po czym dostałem śliczną skrojoną na miarę ofertę mailem wraz z pełnym zestawem kontaktowym – mail, gg, skype, telefon, Pani odpowiada na maile w czasie godnym osoby która przepisywała od dziecka Pana Tadeusza na czas, w kółko, po 8h dziennie. :D

  • RSS
  • Facebook
  • Google+
  • Blip
  • Picasa