Tak się składa że kolarstwem interesuję się od etapu 'wczesno gnojkowego' czyli już kilkanaście lat. Byłem grzecznym dzieckiem co nie przesiadywało przed telewizorem oglądając coraz to brutalniejsze i głupsze bajki rodem z USA czy Japonii jak to robili moi rówieśnicy w czasach pierwszych trzech klas podstawówki. Byłem inny, nie mogłem z nimi pogadać na przerwie o ostatnim odcinku transformersów bo...
Bo w gdy byłem szkrabem który miał iść do podstawówki i byliśmy z rodzicami na wakacjach tak się składało że był rok 1995 byliśmy w Kuźnicy nad naszym wspaniałym bałtykiem i lało akurat od kilku dni. Poznałem tam chłopaka parę lat starszego który miał eurosport i potrafił na pół dnia się zamknąć w domu i coś oglądać w TV, tak się stało że podczas deszczu poszedłem do niego - wpuścił mnie bez problemu, był akurat 17 Lipca 1995 roku, wygrał wówczas Marco Pantani ... dzień później znów poszedłem do niego, tym razem jednak rodzicom zwaliłem się na głowę wcześniej. Dokładniej rzecz biorąc wróciłem z płaczem do naszego pokoju w domku obok. Był 18 lipca 1995 roku, a podczas 15 etapu Tour de France, etapu wygranego przez Richarda Virenque, zdarzyło się najgorsze na zjeździe z Aspet - 25 letni Fabio Casartelli z włoch uderzył głową o nawierzchnię i pomimo szybkiego przewiezienia do szpitala ginie.
Sam nie wiem czemu ale ... po powrocie do domu nie mam wstrętu do kolarstwa, wprost przeciwnie, oglądam później ostatnie trzy czy cztery etapy... Etapy wygrane przez kolarzy o których mówić się będzie jeszcze przez wiele lat. Minęło od tych wydarzeń ich już dwanaście i wciąż pamiętamy nazwiska zwycięzców trzech ostatnich etapów. Byli to po kolei młody Lance Armstrong, późniejszy siedmiokrotny zwycięzca Tour de France, Miguel Indurain triumfujący w tamtym tourze tak jak i w czterech wcześniejszych, trzecim z tych kolarzem był Dżamolidin Abdużaparow - jeden z lepszych wówczas sprinterów któremu po dwóch latach [gdy triumfował Jan Urlich w 1997] udowodniono że korzystał ze środków dopingujących.
Jednak mijają kolejne lata, wciąż oglądam i o ile wówczas nie przejmowałem się tak otoczką touru, najważniejsi dla mnie byli zawodnicy - Indurain, Riis, Urlich, Armstrong i ich najwięksi rywale jak Virenque, Pantani, Olano, Zulle, Beloki, Moreau, Rumsas, Winokurow, Kloeden, Basso, Mayo... o tyle od kilku lat coraz częściej okazuje się że o kolarzach w kolarstwie mówi się mniej niż o dopingu w kolarstwie. Tak się składa że od pewnego czasu interesuję się treningiem kolarskim, wytrzymałościowym i naprawdę mnie wkurza gdy słyszę jacy to nakoksowani jeżdżą niektórzy kolarze. Jednak sądzę że nie ma na nich aż tak wielkiej winy jak to się powszechnie sądzi.
Czy ich interesuje mieć takiego lidera - mówi szef grupy Bouygues Telecom Jean-René Bernaudeau. - Nie mam żadnego zaufania do niego. Od trzech lat Rasmussen ściga się tylko trzy tygodnie rocznie. Za każdym razem poprawia swoją wydolność w czasie Tour de France. A przedtem i potem nie wiadomo, gdzie on jest.
Takie słowa przeczytałem przed chwilą w serwisie internetowym Gazety Wyborczej i mną do kurwy nędzy wstrząsnęło. Przepraszam za to słownictwo ale taka jest prawda - mamy kolarza który przez 11 miesięcy trenuje aby przez 1 miesiąc się ścigać i mamy kolarzy którzy przez 5 miesięcy trenują aby przez 7 miesięcy się ścigać. To chyba oczywiste że Rasmussen czy kiedyś Armstrong ma łatwiej się przygotować jeśli cały sezon może poświęcić na jeden wyścig. Wyścig do którego będzie przygotowany perfekcyjnie tak od strony sportowej po treningu dopasowanym do jego potrzeb, jak i od strony technicznej - ma bowiem szansę przejechać każdy centrymetr gór, czasówek, zjazdów, BA każdy wiadukt i każde rondo na trasie.
Wkurza mnie takie stawianie sprawy. Dla mnie to jest oczywiste że taki kolarz ma dużo lepsze warunki treningu. Spójrzcie na Winokurowa - dzisiaj przyjechał ponad 20 minut za liderami mimo że miał być faworytem. Moim zdaniem powód jest prosty - jest jak Bilbo który we Władcy Pierścieni skarży się Gandalfowi że czuł się jak masło rozsmarowane na za dużej kromce chleba. Tak samo Winokurow - startował w Giro di Italia - przez trzy tygodnie walczył wraz z Kaschechkinem i Kloedenem przeciw zawodnikom którzy szykowali się tylko na Giro by potem dać sobie odpoczynku i pojawić się znów na Mistrzostwa Świata. A ta trójka dziś odstaje od tych którzy przyjechali ścigać się na Tour. Odstają bo są zmęczeni a będą jeszcze bardziej bo pewnie pojadą we Vuelcie jeszcze i tam będziemy patrzeć jak Wino będzie dojeżdżał do mety górskich etapów godzine po sprinterach.
Zresztą nie będę się sam rozpisywał, pozwolę zrobić to autorowi bloga http://800m.blox.pl który w ostatniej notce pisze dość ciekawie na temat problemu jakim jest rozwlekanie formy w połączeniu z presją wyników.
Naprawdę mi żal chłopaków i dziewczyn, bo w większości konkurencji poziom życiówek dawał medal i gdyby w PZLa znalazła się choć jedna myśląca osoba, która wymyśliłaby rozsądniejsze zasady kwalifikacji, moglibyśmy przywieźć worek medali. A tak młode organizmy musiały zarzynać się najpierw na zrobienie minimum, potem na MPJ (żeby potwierdzić formę), a potem na docelową imprezę. Najlepiej widać to w biegach, które były prowadzone mniej więcej w równym tempie: 5000m. I Iza i Łukasz mogli wrócic z medalami, gdyby nie to, że startowali w tym roku już tyle razy, że po prostu nie mogli wytrzymać kolejnego biegu.
Jak sami widzicie to samo jest w biegach - nie da się przygotować dobrze organizmu na kilka imprez. Dlatego zawodnik który ma czas aby się przygotować do JEDNEJ imprezy w sezonie będzie w większości przypadków lepszy niż taki zawodnik który startuje w kilku czy czasem nawet kilkunastu imprezach w sezonie.
Powiem więcej taki zawodnik będzie w większości przypadków miał także dużo lepsze czasy niż on sam sezon wcześniej. Również jeśli startuje raz na sezon to ma szansę na poprawienie poza kwestiami czysto fizycznymi także techniki jazdy np na czas co zaobserwowaliśmy gdy Rasmussen wczoraj zajął JEDENASTE miejsce na czasówce mimo że zawsze był w tym tragiczny.
Dlatego mówię jasno i wyraźnie NIE zawodnikom którzy startują w kilkunastu wyścigach w sezonie i odnoszą sukcesy na trudnych etapach. Nie chcę tu oskarżać sprinterów - oni to osobna para kaloszy o których kiedyś się rozpiszę, ale w skrócie to są faceci o budowie konia, osłaniani przez kolegów na etapie jak jajko którzy mają sobie poradzić na ostatnich 10 kilometrach. Dlatego oni mogą wytrzymać sezon, ale góral który ma radzić sobie na 200 kilometrach... i następnego dnia jeszcze 200km... i następnego...
rozumiecie już o czym mówię? Woziwoda przeżyje to żeby przejechać tour w środku czy końcu stawki, sprinter jakoś przeżyje podjazdy na skraju limitu czasu, a potem będzie się kurował ze dwa dni jadąc na resztkach sił, a górale skądś energię muszą brać na kolejne dwustu kilometrowe górskie etapy pokonywane w szaleńczym tempie. Jedni biorą tą energię z 11 miesięcznych przygotowań, a inni z 5 miesięcznej kuracji w szpitalu pod okiem doktora Fuentesa.
I tym smutnym akcentem kończę dzisiejszy wywód.

