Od tygodnia jestem studentem, w poniedziałek miałem immatrykulację, a od wtorku zajęcia. Cóż można powiedzieć - wykładowcy są różni - jedni potrafią zaciekawić tym co mówią, choćby i to było przekładanie czerwonego kapturka na matematykę, inni nie rozumieją chyba że człowiek który na PŁ uczy się od 3 dni może nie wiedzieć jak trafić do laboratorium leżącego w budynku innego wydziału, który to budynek na dodatek został sprecyzowany dopiero dzień wcześniej na forum samorządu studenckiego i wciąż nie było go naniesionego na plan zajęć, jeszcze inni potrafili pokazać że nawet w wordzie i excelu mamy trochę braków.
Ale wszystko przebiło piątkowe zakończenie, taka wisienka na torcie, taki finisz na szczycie Mount Ventoux, czy sprint z peletonu na Polach Elizejskich... czyli Wprowadzenie do współczesnej inżynierii na którym udało się prowadzącemu uśpić ½ sali, a reszta chciała zasnąć, ale się krępowała siedząc zbyt blisko prowadzącego, bądź miała inne zajęcia [a najlepiej jeszcze słuchawki na uszach, a co ja wyniosłem z tego wykładu? Podstawy obiektów z PHP o których akurat czytałem :P

