Po raz kolejny mierzę się z tym samym mitem. Czy rower jest w mieście zawalidrogą? Jeśli na dystansie 15km z domu do pracy jadę o raptem kilka [0-5] minut dłużej od koleżanki z pracy korzystającej z samochodu? Jeśli nie utknie w jakimś ekstra korku bo wtedy to ja dojeżdżam szybciej. Cóż, średnią prędkość jazdy ma wyższą, ale... ale ja na 40 minut od startu do mety jadę ok 35ciu, podczas gdy ona raptem ok 20-25, resztę stoi.
Ok ale to tylko tempo, czyste liczby. Ale rower... no właśnie kretyn na rowerze przepchnie się przy krawężniku i znów trzeba jechać wolno by go wyprzedzić? Cóż, mogę powiedzieć tylko - guzik!
Zawalidrogą jest osoba która nie potrafi wyprzedzić rowerzysty. Mamy w Łodzi kilka idealnych przykładów, np ulica Krakowska - 8mio metrowa ulica [szerokość oczywiście], jeden pas w jedną, jeden pas w drugą. Lekko pod górkę gdy jadę do pracy. Wiecie ilu jest kierowców którzy potrzebują by z przeciwka nic nie jechało by wyprzedzić tam jadącego przy krawężniku cyklistę? Około 1/4 ogółu.
Jeśli zaś można wyprzedzić cyklistę z marszu to czemu tego nie zrobić? Czemu istnieje grupa kierowców którzy muszą podjechać tuż za cyklistę przy jego krawężniku, nagle zwiększyć obroty, odbić gwałtownie w lewo przewracając sobie na fotelu obok coca colę, następnie zmienić bieg i gwałtownie zajechać do krawężnika by rozlany napój przelał się po fotelu i wgryzł w tapicerkę?
A o ścieżkach rowerowych w Łodzi pisał nie będę jakiś czas jednak. To jest temat tak mnie załamujący, że po prostu woła o pomstę do nieba, nie zaś o post na blogu.
1 | Łukasz Więcek
17 czerwca 2010, 11:08:47
W czasie ostatniej masy krytycznej w Zielonej Górze głosiliśmy bardzo fajne hasło:
"My nie blokujemy ruchu. My jesteśmy ruchem!" :)
Bardzo przypadło mi do gustu to motto.