Wczoraj rano ruszyłem sobie w stronę Zalewu Sulejowskiego z Łodzi, cóż, normalna trasa którą pokonywałem wielokrotnie, troszkę się zagapiłem i nie skręciłem na Czarnocin, lecz pojechałem prosto na Kurowice - stwierdziłem więc że nie ma problemu, skoczę przez Rokiciny i Tomaszów. Jak pomyślałem tak kręciłem dalej. W Kurowicach jest rondo... właściwie rondko... rondeczko na którym tiry się nie mieszczą, a rowerzyści zmagają się z toną syfu i żelastwa leżącego na asfalcie. Tym razem syf wygrał.
Ruszyłem z rondka na stojąco by żwawiej przyśpieszyć, trochę zjazdu więc dokręcam i nic jeszcze nie czuję, ale potem są zakręty na których zrozumiałem że coś jest nie tak. Szybka kontrola przodu - ok, tył - no tak... powietrze schodzi. Zjechałem z drogi, wziąłem rower i usiadłem na kawałku łąki za rowem, dalej kilka krów się pasło, ja cóż miałem lepszego do roboty niż zmienić dętkę? Nic, więc się za to zabrałem.
Czytaj dalej »
Że tak bezczelnie skopiuję początek tytułu notki z najpopularniejszych, co prawda nie chodzi o C, ale o chodzenie właśnie.
Od dłuuugiego czasu ledwo chodzę, ot ból w kolanie się nasila, oczywiście dalej chodzę co środę na WueF na siatkówkę czyli jeden z bardziej kontuzjogennych sportów, oczywiście nadal [poza aktualną przerwą spowodowaną problemami z kołem] jeżdżę na rowerze, nadal z przyjaciółmi co czwartek gram w siatkę i zaraz idę na "bieg o puchar JM Rektora PŁ"... nie ma to jak dbać o zdrowie.
Genialne... wieżowiec w którym mieszkam stoi na linii wschód-zachód przez co termometr na oknie w kuchni wskazuje 2*C bo to północna nienasłoneczniona strona, a termometr na balkonie, ładnie oświetlonym słoneczkiem, pokazuje 13*C, jednocześnie pogoda na IMGW wskazuje koło 8*C i jak się teraz ubrać na mały marszobieg?
Ale za to mamy błękitne niebo, brak chmurek i aż chce się trochę pochodzić, pobiegać lub pojeździć.
Poraz kolejny poruszony tekstem Grześka o treningu odpowiadam, normalnie robiłem to w komentarzach, ale tym razem chyba mam wystarczająco materiału i chęci by skrobnąć notkę i strackbackować ją.
Maj, piękny miesiąc, jednak tym razem moje cele były inne niż wcześniej - pierwsze trzy miesiące "budowałem" czyli sobie powolutku biegałem, powolutku jeździłem. Słowo ilość było moim przewodnikiem. Wiadomo dużo wybiegania i wyjeżdżenia w tlenowej jako baza pod późniejszy trening. Wtedy miałem jeszcze sporo czasu także wciąż czuję że dobrze przepracowałem tamten okres. Potem był kwiecień, tu już praktycznie tylko rower, w tygodniu krótko i mocno, a weekendami długie wypady w grupie - szybko i solidnie. W nogach czułem siłę. Jednak Maj był miesiącem innym.
W tygodniu praktycznie nie mam czasu jeździć, praca jest tu głównym czynnikiem przeszkadzającym. Weekendy zaś rzadko kiedy były rowerowe. 1,2 Maj to wypad w Jurę i dużo kilometrów pokonanych z buta. Potem 3 Maja setka na rowerze jako taki element "dobicia" organizmu, a 4 maja to jeszcze trochę kilometrów na rowerze. Cudowny weekend. kolejny weekend to niestety szkoła, ale niedługo musiałem czekać by znów ruszyć na szlak, tym razem dzięki harcerzom z zaprzyjaźnionego Hufca ZHP Łódź-Widzew zrobiłem sobie z ciężkim plecakiem 45 kilometrów z buta w dwa upalne dni. Tak "rajd piastowski" to była genialna zabawa którą będę wspominał jeszcze przez długi czas. Kolejny weekend zaś to 4 dni tyrki podczas łażenia od świtu do nocy bezplecakowo po mieście tysiąca wzniesień czyli Pradze.
Cóż, podczas każdego z tych wypadów czułem się silny od strony wytrzymałości - czyli pierwszy kwartał przepracowałem dobrze. Mogłem iść sobie spokojnie z dużym plecakiem cały dzień nieczując specjalnego zmęczenia. Za to wiem nad czym muszę popracować - siła mój główny przeciwnik na czerwiec. W górach każde podejście mnie kładło na łopatki po prostu mimo braku obciążenia.
Teraz jednak muszę chyba zmienić nieco zamysły treningowe na początek czerwca - dziś wyłożyłem pięknego orła jak koło wpadło mi w szynę tramwajową. Cóż, kolana i łokcie pozdzierane, bok obity, kask w stanie wskazującym. Niestety trzeba się wstrzymać trochę z walką o cenne centymetry obwodu uda ;-) i zająć się zdrowiem.
Przy odrobinie szczęścia, a w sumie to przy braku pecha marzec może być rekordowy pod względem czasu poświęconego treningowi - od początku miesiąca robię sporo kilometrów na rowerze, a i biegam całkiem solidnie. Dziś na przykład czułem się od rana zbyt dobrze - pobiegałem, potem po dwóch godzinach wskoczyłem na rower i po zmroku mam zamiar jeszcze raz wyjść na przebieżkę. Najdziwniejsze jest to że po godzinie biegu i dwóch rowerowania wciąż czuję się świeżo w nogach. Jest to dla mnie nieco przerażające - nie powinienem mieć aż tyle pary w nogach na początku marca. Takie coś normalnie to się objawiało co roku w lecie gdy była super pogoda i kręciłem tyle że nie wiedziałem czy wciąż mieszkam w domu czy już na rowerze. Coś czuję że wplecenie biegania do treningu było naprawdę dobrym rozwiązaniem.
Myślę też nad tym by wziąć przykład z Grześka i zacząć regularnie robić coś na kształt jego 'cegieł' czyli łączenia treningu biegowego i kolarskiego, bez przerwy pomiędzy jednym, a drugim. Muszę jeszcze w praktyce przetestować jakie obciążenia wtedy stosować, oraz co najważniejsze - jaka kolejność tych dwóch składowych będzie dla mnie najlepsza - czy zacząć od biegu czy od roweru.
08 marca, 2008
Napisane w: trening
(1)
Jak to człowiek człowiekowi równym jest, pewnie większość z was wie. Jednak niektórzy ludzie jeżdżący na rowerach są inni od pozostałych. Różnią się jednak nie wiekiem, nie uprawianą dyscypliną... a po prostu zawartością słoika pod kaskiem.
Najpierw pozytywnie - siedzę sobie z Koleżanką na Stawach Stefańskiego, ona robi zdjęcia, ja się krzątam przy rowerze widzę dwóch cyklistów przejeżdżających, uśmiecham się i słyszę miłe
Cześć cyklomaniak
Odpowiadam więc też miłym 'witam', i okazuje się że cyklista może być kulturalnym człowieki... zaraz co ja mówię - przecież większość z nas potrafi się przywitać na drodze, czy pozdrowić gestem ręki czy głowy. Jako że nas naprawdę spaczonych cyklizmem jest nie zbyt wielu to jest to całkowicie normalne.
Wracając do domu spotkałem jeszcze dwóch cyklistów - pierwszy, także kulturalny, odmachał ręką na moje skinienie głowy na skrzyżowaniu. Drugi... no tu już się okazuje że niektóre słoiki są puste.
Wykonuję w jego stronę normalny gest, witam się otwierając dłoń - wiadomo że nie zawsze stan drogi pozwala na oderwanie rąk od kierownicy, ten się na mnie spojrzał jak na dziwaka, i pokręcił dalej... Nie wiem, może miał za ciepły kask który ugotował mu zawartość czaszki? Kto go tam wie. Szkoda jednak że nawet w tak kulturalnym jak cykliści gronie znajdują się takie orzeszki.
Tak jakoś się zdarzyło że wczoraj wylądowałem z dwoma kumplami na ściance wspinaczkowej w Łódzkiej Manufakturze, zabawa delikatnie mówiąc droga, ale za to naprawdę genialna.
Ja to ten na czarno
Kilka dni temu byłem sobie w jednym ze "sklepów wielkopowierzchniowych" w Łodzi, tak po prostu miałem parę rzeczy do kupienia, pomyślałem sobie więc żeby zajrzeć na batoniki, wszak ostatnio robi się nieco suszej i mogę robić dłuższe, nawet paro godzinne, przejażdżki na rowerze. Wiąże się to z większym zapotrzebowaniem energetycznym, więc trzeba się jakoś zaopatrzyć.
Czytaj dalej »