Hamakowanie

O hamakach kiedyś (w którejś iteracji tego, albo krecikowego bloga) pisałem. Nie mogę znaleźć żeby podlinkować, bo zapewne wylądowało już dawno w niebycie. W każdym razie trochę mi się pozmieniało w sprzęcie ale i w komforcie noclegu. Postanowiłem więc zebrać zmiany jakie zaszły i co tak naprawdę sprawiło, że z „w miarę” lub „lepiej niż na ziemii, ale nie jakoś super”, przeszedłem do „ależ się wyspałem”. I o tym będzie poniżej.

Zanim jednak się rozpiszę, pozwolę sobie podlinkować kilka źródeł które mi w tym pomogły. Część bezpośrednio, część pośrednio, ale jednak. Na początek nieśmiertelne HamakoweLove i od razu whoopiesy.

i oba specjalnie w tej kolejności by było widać ładnie jak Panowie odmłodnieli od hamakowe do whoopiesów 😉

Kolejnym ważnym dla mnie miejscem w historii hamakowania jest strona Lesovika: PORADNIK WIESZANIA i ogólnie cały poradnik tam zawarty.

Jednak to nie wszystko. Ale do tego dojdziemy.

Historia zaczyna się na JFK… znaczy ten, zaczyna się od taniego chińczyka który był bardzo wygodny … jako krzesło obozowe, albo do położenia się na godzinkę. Owszem, sypiałem w nim, ale było to – patrząc dziś – traumatyczne przeżycie. Przede wszystkim materiał się rozciągał, czyli co by się nie zrobiło, nie dało się go dobrze powiesić by obudzić się tak samo rano. Był za krótki (chyba 2,5m), oraz układał się tak bananowo jak to tylko możliwe. Owszem sypiałem w nim, owszem trzeba było wsadzać jakąś sztywną matę w środek by jakoś to działało i działało, ale poza tym, że było zawsze rano uczucie „kurde jakiś połamany jestem”, to wysypiałem się. Przed ruszeniem dalej godzina kręcenia się po obozie to było minimum. Nie chciałbym obudzić się w nim w sytuacji gdy musiałbym szybko się zebrać i iść czy jechać dalej. Nie.

Drugi był inny chińczyk. Ten był już z tych ciut lepszych, ma moskitierę, prawie się nie rozciąga, ma też rozsądniejszą długość bo ok 3m (około bo wiadomo jak to z tanią produkcją dla Aliexpress), było lepiej, dało się leżeć mniej na banana, nie trzeba było go napinać przy wieszaniu do „sztywności” (tamten się tak rozciągał że wieszało się na sztywno, a rano leżalo niemal na ziemii). Ale coś nie grało. Ciągle budziłem się i potrzebowałem dojść do siebie.

Trzeci hamak to Lesovik. Ten najtańszy, bez moskitiery. Kupiłem w wersji „economy” i mam do niego samobieżną moskitierę zakładaną na cały hamak. (Dlaczego tak będzie później). Niby znałem teorię podaną powyżej. Ale pierwsze dwie nocki były … kiepskie. No było jak w tym drugim chińczyku. Potem poszedłem na łatwiznę – dokupiłem dyneemę i dorobiłem whoopie slingi – to dało tyle, że nie musiałem kombinować z rozwieszaniem, po prostu taśma, whoopie, hamak, whoopie, taśma i wieszałem hamak w kilkadziesiąt sekund. Mega gdy wiesza się hamak nie tylko do spania, ale też jako krzesełko w ciągu dnia w czasie wypadów pieszych albo rowerowych.

Jednak same whoopie niewiele dały w kwestii spania. Nadal niby wieszam dobrze, 30*, dobre dystanse, wysokości… wszystko wg zasad. Ale jednak kurka wodna coś nie gra. W końcu zdecydowałem się skorzystać z kolejnego odcinka dyneemy i założyłem sobie cięciwę. Moje myśli były BARDZO sceptyczne. Co mi da kawałek sznurka jeśli i tak i tak wieszam poprawnie? W każdym razie założyłem i … po pierwszej nocy z cięciwą wiem jedno – nigdy więcej bez niej. Teraz zwyczajnie hamak pode mną się napina, owszem, ale nie w banana, nie ściąga do środka, tylko pozwala całą noc przespać w skosie. Bez niej zwyczajnie w nocy mnie prostowało, albo wysuwało do pozycji jak w krześle. Z cięciwą zaś obudziłem się rano i … było jakbym spał na dużym, wygodnym, domowym łóżku z grubym materacem. A w sumie miałem wokół siebie tylko hamak i cienki, letni, śpiwór.

Także z mojej strony – jeśli sypiasz w hamaku ale coś jest nie tak – dorzuć te kilka gram sznurka. U mnie bardzo pomogło.

Nawigowanie

Dziś będzie o GPS, mapach, nawigacjach, aplikacjach i tym wszystkim co pomaga mi dojechać do celu. Będzie trochę szydery z samego siebie, trochę o zmianie w podejściu i trochę o kwadratach. Ale po kolei.

No to mi się pozmieniało w kwestii nawigacji, kiedyś dawno temu było jak powyżej. Papierowa mapa w kieszonkę rowerową i do przodu. Dziś prawie nie otwieram map przed rowerowymi wypadami. Może w górach i to przy założeniu że rower pozwala i akurat nie ma żadnego komputera pod ręką. Czy jest to zupełnie odwrotne podejście do tego które miałem kilka lat temu? Oczywiście.

Przede wszystkim punkt siedzenia się zmienił. Jeżdżąc na MTB, głównie po swoim województwie lub w miejscach „z bazą” tzn urlop stacjonarny + rower, sytuacja jest prosta, jedna mapa wystarcza, można sobie spokojnie ogarnąć trasę całodniową na te 70-100km i ją zapamiętać po punktach charakterystycznych. Z Łodzi niech to będzie „Lecę na Jeziorsko, czyli cały czas na zachód, potem jeziorko i cały czas na wschód”. W górach to jest co do zasady jeszcze prostsze – duża ilość szlaków turystycznych, tabliczek kierunkowych itp, więc taka runda pokroju „Czarnym do żółtego, pod górę na Wierchomlę, przez szczyt do Jaworzyny, zjazd do Krynicy i wrócić asfaltem” to coś do czego nie potrzeba zupełnie myślenia na trasie. Mapa może zostać w pokoju bo … tak naprawdę nie ma gdzie się zgubić, jeśli trzeba zrobić wycof to i tak pewnie z któregoś ze schronisk po trasie, a tam są zawsze wywieszone duże mapy. Po co więc wieźć swoją. No i zawsze jest jeszcze opcja ratunkowa – mapa w telefonie.

Dziś punkt widzenia jest nieco inny. Rower dający mi większy zasięg, do tego zafascynowanie bikepackingiem … czyli taki wypad z jedną nocką i np pociągiem, to może być zrobienie 200km w zupełnie nieznanym terenie nizinnym. Brak dobrego wyznakowania (które jest charakterystyczne dla polskich gór), jazda głównie bocznymi asfaltami na których drogowskazów również brakuje w przeciwieństwie do dróg wojewódzkich i krajowych. W takiej sytuacji by zrobić te dwie stówki, gdzie często jeszczce zmienia się województwo trzeba zabrać ze trzy mapy papierowe.

Dlaczego trzy? Bo mapy o skali wyższej niż 1:100 000 nie pokażą różnicy między drogą gminną asfaltową, a drogą polną piaszczystą. Więc trzeba celować w „setki” lub dokładniejsze. To zaś jest uciążliwe w korzystaniu – przejeżdża się „na raz” spory kawałek takiej mapy, w końcu po asfalcie nawet z bagażem te 25km/h można spokojnie ujechać. Czyli szybko zmieniamy strony mapy, więc … za każdym razem szukamy gdzie jesteśmy, trzeba zapamiętać spory odcinek… Irytowało mnie to. Dlatego zacząłem jeździć „po sznurku”.

No dobra czyli dla mnie wygrała nawigacja rowerowa. Próbowałem kilku patentów i w końcu wybrałem najlepszynajdroższy wygodny. Nie napiszę najwygodniejszy bo takim nie jest. Dla mnie nadal najwygodniejszy to chodzenie po górskich, oznaczonych, szlakach. Gdzie zwyczajnie nie myślę o nawigacji przez cały dzień, czy nawet całe dnie…

Jakie przeszedłem etapy…

O mapie papierowej już było. Potem był Locus. Nadal go lubię, ale do innych celów niż kiedyś. Kiedyś mogłem wyznaczyć trasę, a potem nawigować po nim. Telefon w uchwyt na kierownicy albo w kieszonce i zerkanie na to co podpowiada „za 200m w prawo” itp, Powiem szczerze – było to częściowo wygodne. Na plus zdecydowanie zmiana trasy na żywo jeśli gdzieś inaczej pojechałem, duży wygodny ekran… ale minusy mi to wszystko przysłoniły – telefon na kierownicy jest niezabezpieczony dobrze ani przed upadkami, ani przed wodą, ekran w mocnym słońcu szybko kradnie baterię, a sam telefon z GPS, transmisją danych… no cóż, duży powerbank musiał być podpięty prawie że na stałe.

Dziś locus służy mi do wyznaczenia trasy i wrzucenia do nawigacji, ewentualnie porównania jak dane miejsce na mapie wygląda w różnych systemach map, RWGPS, OSM, OCM, (ORM)… czy do trzymania tam wykupionych map różnych okolic. O tym jeszcze będzie.

Druga aplikacja jakiej używam do wyznaczania tras to RideWithGPS.com – wyznaczanie tras przez stronę www (w domu) jest darmowe, wyznaczanie na telefonie jest w płatnej opcji subskrypcyjnej, także korzystam z niej rzadziej. Jednak na PC jest to dla mnie najwygodniejsza opcja. Lepsza niż mapy.cz bo ma więcej „podkładów” między którymi można się łatwo przełączać, włącznie z GMaps Satelite View. A to ostatnie przydaje się szukając noclegu pod hamak czy namiot. No i jest bardziej (dla mnie) intuicyjna.

Nawigacja zaś… mam dobry ale dość prosty model – Bryton 750 bez żadnych ekstra czujników. Prowadzi ładnie po śladzie wgranym, pokazuje tło mapy z OSM więc co do zasady jest prawie wszystko. Wady oczywiście są – sam nie przelicza trasy, nie trzyma tygodnia na baterii tylko niecałą dobę, nie ma baterii AA tylko wbudowany akumulator (to podobno wada?) ale ma też zalety – nie kradnie baterii telefonu, można go ładować po usb w czasie nawigowania/jazdy/nagrywania śladu, można ustawić co ma być widoczne na ekranie, synchronizuje sobie trasy po BT/WiFi do siebie i od siebie do stravy chociażby i nie przelicza trasy jak się inaczej skręci (tak to było też w wadach).

Nigdy nie lubiłem takiego jeżdżenia po sznurku. Jakoś jeżdżąc koło domu nie widziałem sensu dla nawigacji, ale obecnie gdy jeżdżę rzadziej ale dalej, zaczyna to być przydatne. Właśnie dlatego że mogę poszukać atrakcji przy drodze w domu, a potem wywieźć się autem czy pociągiem i … nie zaprzątać sobie głowy niczym poza robieniem zdjęć, podziwianiem widoków, jazdą, zwiedzaniem czy jedzeniem lodów. W obecnej mojej sytuacji jest to dużo wygodniejsze. A że nie jeżdżę dla średniej ani innych KOMów to mi to w zupełności wystarcza.

Locus – wady i zalety…

Zacznijmy od tego że Locus się zmienia, stary Locus Pro powoli przestaje być rozwijany i w jego miejsce idzie nowa aplikacja, która już nie będzie OneTimePayment tylko subskrypcją. O nowej się nie wypowiem, napiszę o starej za którą zapłaciłem i którą mam w telefonie.

Przede wszystkim jest dokładna i pozwala na stosunkowo wygodne rozplanowanie trasy. Otwiera i zapisuje niemal wszystkie znane mi formaty plików związanych z nawigowaniem. Ma też BARDZO wygodny sklep z mapami wielu uznanych wydawców. Sam ostatnio w górach dokupiłem w niej cyfrową wersję mapy … którą miałem w papierze, bo zwyczajnie wygodniej mi się nawigowało na telefonie niż wyjmując mapę z plecaka. Nie jest ograniczona tylko do gór (cześć Mapa-Turystyczna.pl to o tobie) i ogólnie na pieszo sprawdza się super. Na rowerze – no właśnie. Tu brakuje mi wygody użytkowania, co wynika z faktu że telefony dziś są stanowczo za duże. Także nie tyle to wada aplikacji co telefonu.

Jednak by wyznaczyć trasę A->B->C->D i potem ją „poprzesuwać” tak by nam idealnie pasowała – jest OK. Potem można łatwo zrobić uniwersalnego .gpx, wrzucić go do nawigacji i cieszyć się jazdą.

Mapy.cz – wady

Popularna strona do wyznaczania tras. Dla mnie bardzo nieintuicyjna, z małą ilością „podkładów”. Są ludzie którzy ją uwielbiają, mam wrażenie że ta strona ma więcej fanbojów niż apple. Rozumiem że ma z wielu źródeł zaczerpnięte różne POI – źródła, wiatki, schrony… ale jednak do samego generowania szlaku dla roweru – moim zdaniem – jest słaba. Przynajmniej w porównaniu z konkurencją.

RideWithGPS.com

Mój faworyt – Po prostu jest wygodna. Dla mnie. Mogę wyznaczyć trasę A->B->C->D bez problemu, potem poprzeciągać sobie jak na gmapsach dokładnie jak chcę jechać. Jak gdzieś nie ma drogi wg mapy, a wiemy że „się przejedzie” albo „się przepcha” można bez problemu zrobić linię prostą. Do tego mogę zrobić np z podładem gMaps część trasy, przełączyć się na OSM, tam poprowadzić kawałek w terenie i na koniec wrócić do gMaps na odcinek asfaltowy który tam jest np akurat lepiej odwzorowany.

Tour

Dni kilka minęło, zakwasy zeszły, to może i warto zebrać w więcej niż kilku słowach ostatnią wycieczkę. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę… toteż wziąłem szanownego Karola ze sobą, a także ogarnąłem z grubsza trasę. I przesiadki. Dużo przesiadek. Za dużo przesiadek. Tak przesiadki to była katorga ale po kolei.

Łódź Widzew

Spotykamy się na dworcu na Widzewie, każdy z nas ma już parę km najechane więc trzeba pamiętać o wyłączeniu GPSów i … długa. No nie taka długa, bo dzięki wspaniałym podziałom kolei nie możemy normalnie dojechać do Częstochowy. Trzeba wysiąść z ŁKA (pod władaniem urzędu marszałkowskiego województwa łódzkiego), wsiąść w Regio (pod władaniem … urzędów marszałkowskich wszystkich województw po trosze), wysiąść w Częstochowie, wsiąść w pociąg Kolei Śląskich (pod władaniem UMW Śląskiego) i z przesiadką w Katowicach dojechać do Goczałkowic.

Dlaczego odcinek Radomsko-Częstochowa nie może być po prostu przedłużeniem składu ŁKA do Radomska, albo być składem Łódź-Częstochowa z Regio tak jak było we wcześniejszych latach – nie wiem. Komuś przeszkadzało że klient nie musiał przesiadać się na zadu… w małej mieścince niewiadomo gdzie. Zwłaszcza gdy DK91/DK1/A1 Łódź-Częstochowa jest w remoncie … Brawo WY Z…..ni politycy.

No ale dość o tym. Przesiadki, pod koniec już obaj mieliśmy serdecznie dość, wysiadamy i kierunek sklep, zakupy na kolację, śniadanie i jedziemy gdzieś sobie w las. Po drodze mijamy wspaniały widok zalewu Goczałkowickiego zaraz po zachodzie słońca z obłędnym niebem. Boski widok. Dla takich chwil warto było spędzić w pociągach te godziny.

Po urokliwej nocce w hamaku/namiocie czas ruszać w kierunku naszego pierwszego celu dla wyjazdu – spotkać peleton Tour de Pologne na trasie. Czyli najpierw Bielsko Biała, najlepsza spotkana w tym roku kawiarnia CarmeloveCafe na Karpackiej, przy okazji kilka mniejszych morderczych ścianek które PłaskoPolan wymęczają solidnie i informują po co w rowerach są kasety MTB a nie szosowe… (no nie w moim…), w końcu czas podjąć kluczową decyzję dnia. I oczywiście podjąć ją błędnie 😀 Czyli zamiast wprost na Straconkę, jedziemy pod schronisko na Magurce Wilkowickiej.

Kilka kilometrów wypychu później jesteśmy na szczycie. Zadowoleni, wykończeni, jeszcze tylko obiad, zjazd, mała awaria roweru i już czekamy na peleton. Do tego jakieś piwko albo dwa i po przejechaniu peletonu można iść vis-a-vis do lasu poszukać sobie „kwatery” na nocleg pod namiotem czy w hamaku pośród leśnych ostępów. Kolejna nocka miła, przyjemna i bez ludzi. Co prawda z komarami ale ciii.

Dzień trzeci to dzień dla drugiego celu naszej wyprawy – Karol i jego pierwsza życiowa setka. Na dobry początek zjazd z Przegibka … o połowę wolniej niż wczoraj zrobili to PROsi, ale umówmy się – oni nie mieli sakw, noclegu i zestawu do robienia kawy ze sobą. Barbarzyńcy 😉 A po zjeździe i kawie pod żabką czas zacząć zjazd z gór na niziny. Czyli najpierw dwa mordercze dla nas podjazdy by później już przez Brzeszcze, Oświęcim (super Wiślana Trasa Rowerowa! – nawigacja niepotrzebna, super oznakowanie i przygotowanie drogi) Jaworzno kierunek Dąbrowa Górnicza. Na wyjeździe z niej jeszcze przygody ze sklepami gdzie akurat kasa nieczynna i szukanie noclegu na kolejnej kwaterze w hotelu żubr 😉

Niestety czwarty dzień znów przechodzi pod hasłem „rowery na tory”, głównie ze względu na mój brak formy i łapiące skórcze, ale nie ma tego złego.

Wnioski na przyszłość? Kilka na bank jest.

  • w góry warto zabrać kasetę MTB a nie szosową.
  • Za wczasu ustalić że wybieramy trasę z minimalną ilością wypychu – zabija kolana i mięśnie
  • Zdecydować się na jeden sposób noclegu w grupie – szukajmy ALBO drzew ALBO płaskiego. W górach obu nie ma na raz 😉
  • Dwa razy sprawdzić zabierane rzeczy czy gdzieś nie robimy wtopy

No właśnie wtopy – nie ma wyjazdu bez błędów. Z mojej strony też conieco było:

Dwie góry od termiki, gdzie termikę brałem do spania jako pidżamę. Tak – pakując się nie zauważyłem że zamiast zestawu góra + spodnie wziąłem dwie góry. ZONK!

To durne podprowadzanie na Magurę. Zdecydowanie przerost formy nad treścią. Nie dało to jakichś super widoków, obiad jak obiad, nic wybitnego, można było odpuścić i podjechać jak wszyscy przez Straconkę.

Przednia sakwa – zdecydowanie muszę pomyśleć nad zastąpieniem worka przeciwdeszczowego mocowanego trokami do kierownicy dedykowaną torebką która nie będzie się przemieszczać na kierownicy oraz będzie łatwiejsza do ogarnięcia.

POP!

No dobra. Wiem, że miałem pisać regularniej, ale zamiast tego czytam i oglądam i jakoś brakuje czasu na pisanie.

Kilka słów dziś dla siebie by zwyczajnie nie zapomnieć. A wszystko dlatego że przez przypadek od 20 września siedzę na linuksie jako „daily os” dla prywatnego komputera. Przypadek to też ciekawy był.

Dołożyłem drugi dysk nvme do laptopa i postanowiłem przetestować w sumie jak się zachowują nowoczesne linuksy na nowoczesnym komputerze. Bo na codzień mam jeszcze bardzo lekką dystrybucję, głównie działającą w konsoli, na takim malutkim i idiotycznie wolnym laptopiku. Idealny by coś napisać, albo zabrać go ze sobą i sprawdzić maila chociażby czy puścić (już w gui) jakiś filmik z yt w 720p.

Także poszukałem jaka dystrybucja jest „świeża”, pozwala na życie bez problemów i żeby było łatwo. Zainstalowałem więc Pop OS! (czy jak tam to się pisze). Potem naprawiłem ładowanie równolegle windowsa (11tka, już nie insajderska) i … zapomniałem ustawić windowsa jako domyślny system do ładowania.

To ten przypadek. No dobra. Ale kilka rzeczy które wpadły mi w oczy i z których zacząłem nagminnie korzystać.

Jeszcze adnotacja -> chyba wszystkie te rzeczy można tak samo / tym samym softem / podobnie – zrobić na windowsie, czy czymkolwiek innym. Tu zapisuję notatki by nie zapomnieć o co właściwie chodziło.

VHS OBS

Aplikacja o której słyszałem, o której mówi wielu ludzi na youtube, której używa większość twitcha, w sumie to nawet prawie każdy kto tworzy coś bardziej profesjonalnie live video używa OBS do nadawania sygnału. Ja jednak zwrócę uwagę na coś innego. To jest B-O-S-K-A aplikacja do zapisywania live streamów na później.

Tak jak człowiek nagrywał kiedyś na VHSie filmy, seriale czy mecze jak nie mógł obejrzeć live, tak jak dziś nagrywa się takie rzeczy na telewizorze czy dekoderze tv… tak na komputerze jak ktoś ma potrzebę nagrania „lajva” to nie ma nic prostszego. Sam korzystam regularnie. Owszem. W przeciwieństwie do tv nie można przeważnie ustawić tego z góry/zaplanować, ale potrzeba jakiejś formy dostępu do komputera nagrywającego. Jednak możliwość nagrania i obejrzenia czegoś wtedy kiedy samemu się chce – dla mnie genialna.

Co do dostępu – TeamViewer, Vnc, Zdalny pulpit… są sposoby by z komórki odpalić stream na domowym komputerze, kliknąć „start recording” i spokojnie wrócić do zajęć jakie są DLA NAS w danej chwili ważniejsze.

STEAM / ETS2

Tak, gram na komputerze. Tak, gram w symulator Tirowca. Zdziwiło mnie gdy po odpaleniu aplikacji Pop! Shop czyli repozytorium aplikacji… w polecanych był steam. Ale sprawdziłem – faktycznie – oficjalny klient tej platformy. Potem przypomniałem sobie, że w sumie ostatnio była przedsprzedaż ich małych konsol które mają stać na linuksie… więc w sumie wszystko się składa.

No ale dobra, przecież gry pewnie będą ciąć… no i kolejna „zabawna” rzecz – na linuksie mam 15-20 fps więcej niż na windowsie przy tych samych ustawieniach. Fakt, różnica może wynikać z obciążenia windowsa „w tle” czyli jakiś klientów telegrama, signala, innych rzeczy siedzących „w trayu”, a które na linuksie nie siedzą „w tle” ciągle u mnie. Także myślę że uczciwie można powiedzieć, że działają tak samo. No i ważne – Save`y przeskakują same między systemami przez steam. Dla mnie bomba.

SDR

No dobra. Przyznaję się. Jestem przeklętym gadżeciarzem i sprawiłem sobie nową zabawkę – tym razem odbiornik USB do SDR – dokładnie RTL-SDR v3 z zestawem „podstawowych” anten. Zestaw podstawowy z czego się składa można sprawdzić sobie pod linkiem powyżej. Ogólnie prosty set dla podstawowych zadań i ćwiczenia.

Pierwsze koty za płoty – instalacja

Od strony sprzętowej jest idiotycznie prosto – wkręcić anteny w uchwyt, podłączyć kabel od anteny do samego odbiornika SDR i podpiąć go pod USB. Łatwe jak podpinanie laptopa do prądu ;-). Jeśli chodzi o część software`ową to na początek korzystam z SDRSharp/SDR# – polecam pobrać „Community Edition” z już wrzuconymi pluginami. A ogólnie to u mnie – z tak dobrze udokumentowanym „donglem” – wszystko poszło z marszu i po raptem paru klikach wg instrukcji na stronie twórców. Fajne jest to że na urządzeniu jest po prostu nadrukowany link do Quick Start Guide.

Pierwsze odpalenie – fakapy

Przede wszystkim polecam przypomnieć sobie podstawy elektromagnetyzmu z liceum i fakty o długości anteny do długości fali/częstotliwości. Do tego sprawdzić w internecie gdzie są nadajniki tego co chcemy nasłuchiwać by antenę ustawić dokładnie we właściwym kierunku i na jakiej częstotliwości by odpowiednio też rozsunąć/zsunąć by miała dobrą długość. Oraz kolejna rzecz to to że jeśli nie chcemy nasłuchiwać naprawdę mocnych sygnałów takich jak radio FM czy telewizja DVB-T/T2 to wyjście na balkon to minimum, a najlepiej wziąć laptopa i zwyczajnie wyjść gdzieś gdzie budynki nie będą nam przeszkadzać.

Dlaczego fakapy są w tytule tej części? Chyba oczywiste jest to że ANI nie przypomniałem sobie fizyki, ani nie sprawdziłem gdzie jest nadajnik (tu trochę szczęścia że „TON Łódź / EC-4” zwyczajnie widzę przez okno i przypadkiem byłem nastawiony dokładnie na anteny będące na szczycie tego 300 metrowego komina. Do tego zwyczajnie nie sprawdziłem częstotliwości i szukałem „na oko”. Więc jedyne co udało mi się posłuchać w pierwszej próbie to radio FM.

Słuchamy świata

Drugie podejście jednak to wypad na działkę i kombinowanie. Nadal nie jesteśmy na etapie doczytywania fizyki 😉 ale za to jesteśmy blisko lotniska Lublinek w Łodzi i znamy już z grubsza częstotliwości jakie nas interesują. Więc bez super anten i dobrych ustawień można było posłuchać co tam lotnisko nadaje.

Przeczytałem książkę

Tak wiem, „nie masz się czym chwalić, ja czytam xxx książek tygodniowo” i kij z tym. Też czytam sporo książek, ale to chyba pierwsza albo druga pozycja w tym roku nie związana z pracą, rozwojem zawodowym itp. dlatego się cieszę. Na dodatek to dobra książka była i postanowiłem się podzielić paroma rzeczami z niej.

Pi razy oko. Komedia matematycznych pomyłek

Książka może wydawać się dziwna, ale przez to pasuje i do osoby która poleca i do strony na której jesteśmy. Ogólnie od strony czytelnika – jest papier, jest ebook i w wersji dla Kindle (mobi) i dla wszystkich innych (epub). Jest świeża, ale to w tym wypadku chyba nie ma znaczenia, bo to książka z gatunku tych które starzeć się będą dobrze. Nie ma nawiązań do ludzi, a do wydarzeń i błędów w nauce która jest raczej stabilna. Bo inżynieria i matematyka zmieniają się bardzo wolno oraz bardzo dokładnie sprawdzają zmiany w sobie i ewentualny postęp. Zresztą o tym też jest poniekąd ta książka.

Złożona jest z grupy… gagów? Wydarzeń? Samodzielnych opowieści? Które można czytać wyjęte z kontekstu reszty książki i w taki sposób sobie dawkować. Planowałem właśnie tak ją przeczytać, ale się nie udało. Mimo „matematyczności” w tytule, książka jest lekka w odbiorze i zwyczajnie chciałem poznać kolejne opowieści. Kolejne błędy i wpadki ludzi którym gdzieś brakło wyobraźni lub nie chciało się czegoś sprawdzić jeszcze raz.

Niektóre historie znałem, o jednej czy dwóch były programy na NatGeo z cyklu wielkie upadki czy jakoś tak. (była kiedyś seria o katastrofach na lądzie w stylu „katastrofy w przestworzach”), ale nie były przeważnie opowiedziane z tej samej strony co tutaj.

W każdym razie – jak chcecie przykładów dlaczego warto sprawdzać i testować na każdym etapie prac, także w ich trakcie… to dobra książka. Jeśli chcecie zobaczyć jak generują się olbrzymie błędy przy pomocy malutkich i błachych pomyłek – to też dobra książka. A jeśli po prostu chcecie przeczytać lekkie historyjki przed snem … które czasem kończyły się czyjąś śmiercią – to też dobra pozycja.

TyRuro.com

Mój drogi serwisie serwujący mi treści wideo. Tak do Ciebie mówię YouTubie jeden. Może zacznij naprawiać posiadane błędy zamiast dodawać nowe funkcjonalności? Serio. Zaczynasz irytować swoimi wadami.

Od półtora roku (od 14 lutego 2020) korzystam z YT Premium w opcji rodzinnej. Dzięki czemu na wszystkich trzech domowych kontach – moje, drugiej połówki oraz… koncie telewizora [bo żadne z nas nie chce mieć w historii oglądania aż takiej ilości koncertów i teledysków] możemy wygodnie oglądać YT bez reklam, pobierać filmy i muzykę do odsłuchania offline i pewnie coś jeszcze. Ja poza tym korzystam jeszcze na codzień z YT Music którego lubię bo daje mi to co chcę słuchać. I byłbym zadowolony gdyby nie idiotyzmy samego YT.

Mam zasubskrybowanych na swoim koncie ok 150 różnych kanałów. Od konta Pani Aldony Marciniak zajmującej się motorsportem aż do zajmującej się bezpieczeństwem w IT i prywatnością Zaufanej Trzeciej Strony. Jednak te skrajne przykłady (alfabretycznie) nic nie zmieniają w sytuacji gdy regularnie coś mi znika z subskrypcji. Zwyczajnie dzisiaj jest, jutro nie ma.

Najświeższy przykład – od bardzo dawna subskrybuję kanał o gotowaniu – Nomart.pl – i nie wiecie jakie było moje zdziwienie gdy odkryłem dziś że … dawno nic od niego nie miałem w polecanych. No cóż, pewnie jakiś błąd algorytmu… wchodzę więc na kanał i mam ładny przycisk „subskrybuj”… JAKIM CUDEM skoro go śledzę kilka lat? Trafiło mnie to trochę. Wszedłem w listę subskypcji i odkryłem inne braki. Przynajmniej takie o których pamiętałem. Wróciłem do ok 160 kanałów. I teraz najlepsze:

Zrobiłem listę subskrybowanych 161 kanałów. Excel przyjmie wszystko więc wrzuciłem listę alfabetyczną, zapisałem plik i zająłem się innymi rzeczami.

Tydzień później

Wchodzę na yt na komputerze, robię to nie za często, przeważnie to telefon jest moim głównym dostawcą treści z TwojejRury (ooo korzystam jeszcze z odtwarzania yt w tle z funkcji premium). Przypomniałem sobie o excelu wiszącym na pulpicie… wszedłem więc w subskrybowane kanały i .. jakież było moje zdziwienie gdy okazało się że subksrybuję 159 kanałów.

Przyznaję… zagotowałem się bo zniknęły mi G.F. Darwin, Craft Computing i Echa Leśne… (tak trzy, bo w tygodniu jeszcze dorzuciłem jeden kanał, więc zamiast 159 powinno być ich w sumie 162).

Dlaczego tak jest? Nie wiem, dlaczego coraz częściej dostaję gówniane podpowiedzi na głównej? Bo to się pewnie opłaca googlowi. Dlaczego znikają subskrypcje? Tego nie wie pewnie nikt.

Dobre praktyki

Są takie rzeczy o których każdy wie, że tak się powinno robić, a jednak trzeba znaleźć czas by skonfigurować je… więc wielu się nie chce.

Pierwsza taka rzecz i najprostsza do wdrożenia to u mnie był menedżer haseł. Korzystam zeń już długo, ostatnio nawet przeżyłem pierwszą migrację pomiędzy nimi, o czym z resztą chyba już pisałem.

Drugi jest klucz fizyczny. U2F, Fido etc… Przy okazji migracji do 1Password także i tu zrobiłem duży krok do przodu. Już prawie wszystkie serwisy mam ogarnięte. Zostały jakieś pojedyncze pierdółki, które jakby przepadły to i tak nikt by nie zauważył.

Jednak uporządkowanie stosu technologicznego na wszystkich maszynach które gdzieś tu wokół się kręcą…. oj to wymagało więcej pracy. No bo i maszyn jest sporo. Stanęło jednak na tym, że poza laptopem wszędzie siedzi sobie Ubuntu. W różnych wersjach ale jednak wszędzie ubuntu. Zawsze w najnowszej rozsądnej (LTS vs Latest) dla danego zastosowania wersji.

Dużo rzeczy przeniosłem przy okazji z “zainstaluję i ogarnę” do “odpalę w kontenerze”. Teraz powoli myślę czy dałoby radę rozsądnie zrobić z trzech maszyn jednego klastra i móc przenosić usługi między nimi w jakiś łatwy sposób. Ale to na dzień gdy będę miał więcej czasu. Nie wiem, może w wakacje z duchami.

Backup… temat rzeka. Miałem skonfigurowany w sumie od zawsze jeden system backupu który działał do listopada bodajże. Wtedy padł jeden kluczowy element układanki (przestał być darmowy) i trochę chałupniczo miałem spięte różne maszyny ze sobą rsynciem, a z windowsa po prostu pushowałem zmiany na domową malinkę która była normalnie backupowana tym chałupnictwem. Wreszcie znalazłem zastępstwo za ten brakujący klocek i będę chyba opisywał niedługo całość konfiguracji moich ultra tanich backupów.

raspi

Another one bite the dust…

No dobra to co my tu mamy… Raspberry Pi 4 (v1) i różne artykuły z sieci o tym jak mieć system bootujący z SSD@usb… i prawdę mówiąc to jest wszystko bardzo zabawne. Gdy już działa. Bo wcześniej to jest sporo irytacji i złych emocji, aż człowiek nie wpadnie by spróbować zrobić to “po prostu”.

  1. wrzuć na kartę SD najnowszego Raspberry Pi OS
  2. zaktualizuj malinę do najnowszego wszystkiego
  3. w Raspi-Config wybierz “bootuj z USB”
  4. NIE KOPIUJ NIC
  5. powtórz punkt 1 ale z dyskiem na USB tj “raspberry pi imager → write na SSD”
  6. podłącz usbssd do maliny i wyjmij kartę
  7. działa.

Powaga. To “po prostu” zadziałało w ten banalny sposób.

A teraz koniec. Muszę skonfigurować wszystko wewnątrz maliny.

ten adres

Jest sobie ta reklama i tak mi przypasowała na początek wpisu o wikiyu.net

Kiedyś w sumie pisałem na wordpressie, tym z .Com. Potem był jogger.pl, i w końcu ten adres. Jak sprawdziłem – cztery razy na wikiyu.net startowałem z WP, dodatkowo raz jakaś platforma statyczna md→html tu była i raz github static pages. Na nic. I tak nie piszę. Znaczy za Joggera pisałem dużo, potem się “rozlazło”. W sumie w backupach znalazłem blisko siedemset wpisów z różnych okresów.

Nie czytam, po prostu trzymam. Teraz… znów piszę, póki co (styczeń 2022) do szuflady, może w końcu wpadnę na pomysł by to jakoś udostęnić, może dodać komentarze, a może pisać tylko dla siebie i podać maila kontaktowego. Who knows…

Może udostępnić stare, może nie… kiedyś pewnie przyjdzie taki wieczór gdy decyzje zostaną podjęte. Póki co przeglądam sobie te wpisy, tematy, niektóre wynotowuję do tego by napisać coś o tym jeszcze raz, inne wyśmiewam po latach. A sama domena powisi sobie pusta i będzie zbierać kurz i dalej robić za skrzynkę mailową.

W sumie może nowa wtyczka Konrada do łatwiejszego publikowania na WordPressie, albo jakaś prosta stronka z mechanizmem MarkDown to HTML znów zagości i jakiś prosty mechanizm publikacji. Bo ostatnie próby spełzły na niczym przez rozdmuchane edytory na których nie da się szybko skleić tekstu, wrzucić długiej formy z telefonu (nawet używając klawiatury fizycznej) i zwyczajnie są upierdliwe.

Zobaczymy

Dopisane po czasie… TAK Teraz jest tu znów WordPress